Stare zniszczone buty

Historia butem pisana. Zakupy

Do tej pory podróżowałem w ciężkich wysokich butach albo w butach lekkich, a raczej butopodobnych kapciach lub jak kto woli w trampkach. Co się nieraz mściło. Możesz spróbować iść po kamieniach i nie mieć zmasakrowanych stóp. Ale jakoś to było. Przeżyłem. W planach miałem zakup dobrych butów turystycznych w miarę uniwersalnych, ale nie za uniwersalnych. Wiadomo, co uniwersalne to do d…

Ale do sedna. Zachciało mi się zakupów. Zachciało mi się butów! Tylko jakich?

Zachcianki

No właśnie, jakich? Kieruję zapytanie do wujka google. A ten mi sypie z rękawa tysiącami wyników w twarz. Odwiedzam strona po stronie. Powoli kształtuje się obraz tego, co chcę, a za chwilę mętlik. Już nie wiem, co chcę. Im więcej czytam, tym bardziej odechciewa się wyjazdu. Mało tego, zaczynam zniechęcać się do turystyki. Na jednej stronie polecane są buty XYZ. Istne cudo. Cena… ekh… no… zabójcza około 900 zeta. (Tyle mnie cały wyjazd z biletami i żarciem plus noclegi nie kosztuje). Na innej krzyczą maszeruj tylko w dobrych, odpowiednich butach przeznaczonych na dany teren, bo inaczej zrobisz sobie krzywdę. Kopię dalej.

Kapcie ABC przyczepne, wodoodporne, bajery, cuda-wianki. Cena? Czterocyfrowa. Szukam dalej. Mam następne, buty BLABLABLA marki „jakiejśtam” cena ładna, niecałe 200. Parametry ujdą jakoś, ale opinie beznadziejne. I tak przez 2 dni. Między „za darmo” lub „prawie za darmo” a „ceny z kosmosu”. Łeb pęka. Po tych dniach przegrzewania klawiatury i męczenia biednej myszki, po przekopaniu dziesiątek, a może nawet setek blogów, portali, sklepów dowiedziałem się, jakie poczynić zakupy. Ustaliłem górną cenę na okolicę czterystu złotych. Co jak dla mnie to i tak za dużo. Wytypowałem modele. Wiadomo butów nie kupuje się przez internet. Ani tego dotknąć, pomacać, nijak przymierzyć. Pozostają sklepy stacjonarne.

Jak to jest?

Powiedzcie mi jedno. Jak w szpilkach albo w japonkach pokonywać Tatry i nic sobie nie zrobić? Sporo takich obrazków jest w Internecie. A ja tu się zastanawiam nad ciżemkami. Pamiętam swoje stare Buciory, żaden wynalazek. Ciężkie, ale konkretne. Kopnęły niestety w kalendarz po nastu latach. Głównie dlatego, że o nich zapomniałem. Leżały w szafie nieużywane, niezadbane no i wyschły, zesztywniały i zaczęły się sypać. A to dlatego, że na pewien czas zaprzestałem wojaży. Po latach chciałem je reanimować. ale jak się okazało – nie wyszło. Za to wyszła im zemsta na mnie – obtarły jak diabli, uciskały. Wygodniej było turlać się, niż iść.

Kiedyś buty były butami. Wytrzymałe, służyły latami. Dzisiaj trzeba studiować instrukcje ich obsługi.. Po tym można chodzić, a po tym nie. But wodoodporny – nie chodzić po mokrym. Mało tego. Dzisiejsze buty jakby miały liczniki kilometrów. 1500 km i but kaput. Na wielu stronach przedstawiano zdjęcia butów bez pięt. Czemu tak się nie działo z moimi starymi trepami? Przeszedłem w nich sporo więcej. A były to buty do wszystkiego. Katowanie maksymalnie. Często traktowane jako robocze. Podeszwy wytrzymywały. Nie było widać nadmiernego zużycia. Trzymały bieżnik.

Wyprawa na zakupy

Padło na Decathlona. Nie wiem czy dobrze czy też źle. Ale mieli większość w ofercie butów, które sobie upatrzyłem. No i sklep był „prawie” po drodze. Dotarłem do niego cały w skowronkach, dopadłem do odpowiedniego regału i zaczęło się polowanie. Są wszystkie cztery modele, jakie sobie wytypowałem. I na tym skowronki się skończyły. Wersja najtańsza nie ma odpowiedniego rozmiaru. Przy zakupach takiego obuwia należy brać rozmiar o jeden numer wyżej. A tu nie ma. Przymierzam rozmiar, jaki noszę na co dzień. Niestety jest coś nie tak. Wiadomo but trzeba rozchodzić, ale te jakoś uciskają. Stopa jest ściśnięta. Nie ryzykuje i odstawiam je. No to kolejne. Tu też mam pecha. I tak historia się powtarza z pozostałymi. Ewidentnie wszystkie znaki wskazują, że mam nie kupować butów.

Muszę!

Ale ja muszę mieć nowe kapcie! Wiedząc, że nie ma odpowiedniego numeru szperam dalej po półkach. Chyba tylko dla samego oglądania. Znajduje jakieś bez zawieszki z numerem upchnięte na półce z butami o 2 rozmiary większe. Na oko mogą pasować, więc przymierzam. TAADAAA, (przerwa na fanfary). Pasują! Już wiem, że są moje, tylko MOJE! No to trzeba trochę w nich pochodzić. Łażę tam i z powrotem, wszystko ok, leżą idealnie, ale jest coś jakby nie tak. Pewnie nie rozchodzone. Tak z ciekawości wziąłem większe i je oglądam. Okazało się, że w moich nie ma wkładek. Na dodatek okazuje się, że to są jedyne buty w całym sklepie. Na magazynie nie ma nic. Załamałem się. JA CHCE TE BUTY! Ale są wybrakowane.

Olśniło mnie. W rozmowie z obsługą wynegocjowaliśmy najpierw, że opuszczą cenę. Ale but nadal jest niekompletny. Trzeba dokupić wkładki. Ale jakie ? Czy zejście z ceny pokryje zakup wkładek? Nie mam pojęcia, jakie oryginalnie były. Ten wariant mi nie odpowiadał. Kolejne podejście z negocjacjami. Zaproponowałem, aby zamiast upustu dobrali odpowiednie wkładki. Tu już były narady. Do negocjacji dołączyła się jeszcze jedna osoba z obsługi. Zgodzili się 🙂 Byłem wniebowzięty. Buty kupiłem w oryginalniej cenie 349,99 zł, plus wkładki za jeden grosz. Tym samym zmieściłem się w założonym budżecie.

Zdobycz

Zakupy skończyły się szczęśliwe. Z małymi przeszkodami. Obsługa wykazała się – sprzedali towar. Ja uhahany nowym nabytkiem. Coś nie chciało, abym je kupił. A może się przestraszyły, że będą porzucone, jak poprzednie i się schowały? Któż to wie. Zostało je teraz przygotować do podróży. Czas je rozchodzić. Do wyjazdu został niecały miesiąc.

—–
Tekst: Piechur, Korekta: Kasandra